O co proszę?
O serce skruszone, które w czasie klęski nie traci nadziei w Bogu, ale wraca do Niego z ufnością i pozwala Mu oczyścić swoje życie.
Dzisiejsze Słowo prowadzi mnie do bardzo trudnego, ale potrzebnego miejsca: do modlitwy w czasie klęski. Nie wszystko w życiu układa się jasno. Są chwile, kiedy człowiek widzi zniszczenie, cierpienie, grzech, konsekwencje złych wyborów i nie wie, co powiedzieć Bogu.
Prorok Jeremiasz nie ucieka od bólu. Mówi w imieniu ludu, który doświadcza nieszczęścia. Widzi łzy, rany, głód, miecz, bezradność. Nie zakrywa tego pobożnymi słowami. Nie udaje, że wszystko jest dobrze.
Mówi: „Oczy moje wylewają łzy dzień i noc bez przerwy.” To zdanie bardzo mnie zatrzymuje. Bo są takie łzy, które człowiek długo nosi w sobie. Łzy po stracie. Łzy po grzechu. Łzy po rozbitych relacjach. Łzy z powodu bezradności. Łzy za rodzinę, parafię, Ojczyznę, Kościół, ludzi odchodzących od Boga. Jeremiasz pokazuje mi, że przed Bogiem nie trzeba udawać silnego. Można płakać. Można mówić o bólu. Można przyjść z bezradnością. Ale najważniejsze jest to, że prorok nie zatrzymuje się na narzekaniu. On prowadzi lud do uznania winy: „Uznajemy, Panie, naszą niegodziwość.”
To jest bardzo ważny moment. Prawdziwa modlitwa w czasie klęski nie polega tylko na proszeniu Boga, aby usunął skutki. Trzeba także zapytać o przyczyny.
Trzeba stanąć w prawdzie. Czy nie oddaliłem się od Boga? Czy nie zaniedbałem modlitwy? Czy nie przyzwyczaiłem się do grzechu? Czy nie szukałem własnej drogi zamiast Jego woli? Czy nie chciałem owoców pokoju, ale bez nawrócenia serca? Jeremiasz uczy mnie modlitwy pokornej. Nie usprawiedliwia się. Nie zrzuca winy tylko na innych. Nie mówi: Panie, oni zawinili. Mówi: uznajemy naszą niegodziwość.
To bardzo trudne, ale uzdrawiające. Bo dopóki człowiek ucieka od prawdy, nie może naprawdę wrócić do Boga. Dopóki tłumaczę siebie, nie pozwalam się uleczyć. Dopóki widzę tylko winy innych, moje serce pozostaje zamknięte.
Psalm staje się wołaniem o miłosierdzie: „Wyzwól nas, Boże, dla imienia Twego.” To modlitwa człowieka, który wie, że nie ma już oparcia w sobie. Nie mówi: wyzwól nas, bo jesteśmy doskonali. Nie mówi: wyzwól nas, bo zasługujemy. Mówi: wyzwól nas dla imienia Twego. To znaczy: Panie, ratuj nas ze względu na Twoją dobroć, Twoją wierność, Twoje miłosierdzie. Jak bardzo potrzebuję takiej modlitwy.
Bo kiedy staję przed Bogiem ze swoim grzechem, nie mogę opierać się na własnych zasługach. Mogę oprzeć się tylko na Jego miłosierdziu.
Psalm mówi także:
„Nie pamiętaj nam win przodków naszych.”
To jest modlitwa o przerwanie łańcucha zła. Są grzechy, rany, przyzwyczajenia, sposoby myślenia i postępowania, które potrafią przechodzić z pokolenia na pokolenie. Są rodzinne ciężary, społeczne zaniedbania, narodowe grzechy, nieprzebaczenia, uprzedzenia, pycha, obojętność.
Psalmista woła: Panie, przyjdź z miłosierdziem i przerwij to, co nas niszczy. To także moja modlitwa.
Panie, przerwij we mnie to, co nie jest z Ciebie. Przerwij schematy grzechu. Przerwij obojętność. Przerwij twardość serca. Przerwij powracanie do tego, co rani mnie i innych. Ewangelia prowadzi mnie do wyjaśnienia przypowieści o chwaście. Jezus mówi bardzo jasno, że polem jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem są synowie Złego, a żniwem jest koniec świata. To Słowo przypomina mi, że moje życie nie jest neutralne. We mnie także toczy się walka. Bóg sieje dobro. Zły próbuje siać chwast. Bóg sieje wiarę, nadzieję, miłość, czystość, pokój, przebaczenie, cierpliwość. Zły sieje pychę, lęk, podział, podejrzliwość, złość, rozpacz, lenistwo duchowe, obojętność. I nie mogę udawać, że to nie ma znaczenia.
Dzisiejsza Ewangelia nie jest po to, aby z lękiem patrzeć na innych i pytać: kto jest pszenicą, a kto chwastem? Ona najpierw prowadzi mnie do serca. Co rośnie we mnie? Jakie ziarno pielęgnuję? Czy pozwalam rosnąć Słowu Bożemu?
Czy może karmię chwast przez złe myśli, osądy, nieprzebaczenie, zaniedbanie modlitwy? Jezus mówi, że przyjdzie czas żniwa. Przyjdzie moment prawdy. To nie jest groźba dla serca, które chce się nawrócić. To jest wezwanie do powagi życia. Nie wszystko jest obojętne. Nie każda decyzja prowadzi do dobra. Nie mogę odkładać nawrócenia w nieskończoność.
Bóg jest cierpliwy, ale Jego cierpliwość ma mnie obudzić, a nie uśpić.
Najpiękniejsze jest jednak zakończenie:„Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego.”
To zdanie daje wielką nadzieję. Bóg nie kończy na obrazie chwastu. Kończy na świetle. Na królestwie Ojca. Na sprawiedliwych, którzy jaśnieją jak słońce. To jest cel mojego życia. Nie tylko uniknąć zła. Nie tylko wyrwać chwasty. Ale jaśnieć Bogiem. Być człowiekiem, w którym zwycięża łaska. Być sercem oczyszczonym, rozświetlonym, należącym do Ojca.
Dzisiejsze Słowo zaprasza mnie: abym nie bał się przynieść Bogu moich łez, abym w czasie trudności nie tylko prosił o ratunek, ale także stanął w prawdzie o sobie, abym uznał własny grzech bez uciekania w usprawiedliwienia, abym modlił się o miłosierdzie dla siebie, rodziny, parafii, Kościoła i Ojczyzny, abym pytał, co naprawdę rośnie w moim sercu, abym nie pielęgnował chwastu zła, ale troszczył się o ziarno królestwa, i abym pamiętał, że Bóg prowadzi mnie nie ku potępieniu, ale ku światłu swojego królestwa.
Bo nawet w czasie klęski można mieć nadzieję. Nadzieję nie w sobie. Nie w ludzkich zabezpieczeniach. Ale w Bogu, który widzi łzy, przyjmuje skruchę, oczyszcza serce i prowadzi swoich sprawiedliwych ku światłu.
Modlitwa
Panie Jezu, przychodzę dziś do Ciebie z tym wszystkim, co we mnie słabe, zranione i nieuporządkowane. Nie chcę ukrywać przed Tobą moich łez ani mojego grzechu. Daj mi serce skruszone, które umie stanąć w prawdzie i wrócić do Ciebie. Okaż miłosierdzie mnie, mojej rodzinie, parafii, Kościołowi i naszej Ojczyźnie. Wyrwij z mojego serca chwasty pychy, obojętności, nieprzebaczenia i zniechęcenia. Spraw, aby rosło we mnie ziarno Twojego królestwa, a moje życie kiedyś mogło jaśnieć w światłości Ojca. Amen.