5 VIII 2026 V Środa po XVIII Niedzieli Zwykłej Jr 31, 1-7 | Jr 31 | Mt 15, 21-28

Dzisiejsze Słowo prowadzi mnie od obietnicy odbudowy do wytrwałej wiary kobiety kananejskiej. Pokazuje Boga, który nie rezygnuje ze swojego ludu, nawet gdy ten był rozproszony, poraniony i upokorzony. Pokazuje też serce człowieka, które nie zniechęca się milczeniem, próbą i pozorną odmową, ale woła dalej: „Panie, dopomóż mi.”

Pierwsze czytanie z proroka Jeremiasza jest pełne nadziei. Po wielu słowach trudnych, po zapowiedziach kary, po obrazach ran i niewierności, Bóg mówi: „Ukochałem cię odwieczną miłością.” To jedno z najpiękniejszych zdań Pisma Świętego. Bóg nie mówi: ukochałem cię na chwilę. Nie mówi: kochałem cię, dopóki byłeś wierny. Nie mówi: kochałem cię, kiedy wszystko było w porządku. Mówi: odwieczną miłością. To znaczy, że Boża miłość jest wcześniejsza niż moje zasługi, mocniejsza niż moje upadki i wierniejsza niż moje zmienne serce. Bóg widzi grzech, ale nie przestaje kochać. Widzi rany, ale chce je leczyć. Widzi rozproszenie, ale zapowiada powrót. Dalej Pan mówi: „Dlatego zachowałem dla ciebie łaskawość.”

To Słowo jest wielkim pocieszeniem. Gdy człowiek myśli, że wszystko już stracone, Bóg zachowuje łaskawość. Gdy człowiek widzi tylko ruiny, Bóg widzi możliwość odbudowy. Gdy człowiek nosi w sobie wstyd, zmęczenie i poczucie przegranej, Bóg mówi: Ja cię jeszcze odbuduję.

„Znowu cię zbuduję i będziesz odbudowana.” To nie jest tylko obietnica dla Izraela. To jest także Słowo dla mojego serca. Bóg może odbudować we mnie modlitwę. Może odbudować nadzieję. Może odbudować zaufanie. Może odbudować pokój. Może odbudować relacje. Może odbudować to, co zostało osłabione przez grzech, lęk, zranienia i zmęczenie. Ale odbudowa wymaga zaufania. Trzeba pozwolić Bogu prowadzić się z powrotem. Trzeba zgodzić się wyjść z rozproszenia. Trzeba uwierzyć, że moje życie nie kończy się na tym, co zniszczone.

Psalm, zaczerpnięty również z Jeremiasza, odpowiada pięknym obrazem: „Pan nas obroni, tak jak pasterz owce.” Bóg jest Pasterzem, który gromadzi. Nie jest obojętny na zagubionych. Nie zostawia rozproszonych samym sobie. Szuka, broni, prowadzi i karmi. To bardzo potrzebne Słowo. Bo człowiek potrafi się rozproszyć wewnętrznie. Jedna część serca chce Boga, druga trzyma się lęku. Jedna chce przebaczyć, druga pamięta urazę. Jedna chce zaufać, druga próbuje wszystko kontrolować. Jedna chce modlitwy, druga ucieka w pośpiech. Bóg przychodzi jako Pasterz, który chce zebrać moje rozproszone serce.

Psalm mówi też o radości: „Wtedy dziewica rozweseli się w tańcu, a młodzieńcy i starcy cieszyć się będą.” Tam, gdzie Bóg odbudowuje, wraca radość. Nie zawsze od razu. Nie zawsze bez łez. Ale wraca radość głębsza niż emocja — radość człowieka, który wie, że nie został porzucony.

Aklamacja mówi: „Wielki prorok powstał między nami i Bóg nawiedził lud swój.” To zdanie przygotowuje mnie na spotkanie z Jezusem w Ewangelii. On jest Bogiem, który nawiedza swój lud. Ale dzisiejsza Ewangelia pokazuje, że Jego miłosierdzie przekracza granice, które ludzie chcieliby postawić.  Do Jezusa przychodzi kobieta kananejska. Nie należy do Izraela. Jest obca. A jednak przychodzi z bólem matki i woła: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha.” To jest modlitwa człowieka, który cierpi nie tylko za siebie. Ona cierpi za swoje dziecko. Nosi w sercu ból matki bezradnej wobec cierpienia córki. I właśnie ten ból prowadzi ją do Jezusa. Jak wiele takich modlitw jest w sercach rodziców. Panie, ratuj moje dziecko. Panie, uwolnij je od zła. Panie, dotknij jego serca. Panie, sprowadź je z drogi, która niszczy. Panie, pomóż, bo ja już nie umiem. Kobieta woła, a Jezus początkowo nie odpowiada ani słowa. To milczenie jest bardzo trudne. Każdy, kto modlił się długo i nie widział odpowiedzi, zna ciężar takiej ciszy. Można wtedy pomyśleć: Bóg mnie nie słyszy. Bóg mnie odrzucił. Moja modlitwa nie ma sensu. Ale kobieta się nie wycofuje. Uczniowie chcą ją odprawić, bo krzyczy za nimi. Ona jednak idzie dalej. Upada przed Jezusem i mówi: „Panie, dopomóż mi.”

To jedna z najprostszych i najpiękniejszych modlitw. Nie ma w niej wielu słów. Jest cała prawda serca. Panie, dopomóż mi. Kiedy nie wiem, co zrobić. Kiedy dziecko cierpi. Kiedy rodzina się rozpada. Kiedy wiara słabnie. Kiedy modlitwa wydaje się bez odpowiedzi. Kiedy jestem bezradny. Panie, dopomóż mi. Jezus odpowiada słowami trudnymi o chlebie dzieci i szczeniętach. Nie jest to odrzucenie kobiety, ale próba, w której objawia się głębia jej wiary. Ona nie obraża się. Nie odchodzi. Nie domaga się praw. Odpowiada z wielką pokorą i zaufaniem: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów.”

To niezwykła wiara. Ona wierzy, że nawet okruch łaski Jezusa wystarczy. Nie potrzebuje wielkich słów. Nie potrzebuje zaszczytnego miejsca. Nie potrzebuje uznania uczniów. Wystarczy jej okruch ze stołu Pana. I Jezus mówi: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz.” To zdanie odsłania serce całej Ewangelii. Jezus nie odrzuca człowieka, który przychodzi z wiarą. Czasem prowadzi przez próbę, przez ciszę, przez oczyszczenie motywacji, ale nie gardzi pokornym wołaniem.

Kobieta kananejska uczy mnie trzech rzeczy.
-Najpierw wytrwałości. Nie przestaje wołać, choć Jezus milczy, a uczniowie chcą ją odprawić.
-Potem pokory. Nie stawia siebie w centrum, ale uznaje, że wszystko jest łaską.
-I wreszcie ufności. Wierzy, że najmniejszy dar Jezusa ma moc ocalić.

Dzisiejsze Słowo pięknie łączy się w jedną drogę. Jeremiasz mówi o Bogu, który odbudowuje swój lud odwieczną miłością. Psalm mówi o Pasterzu, który gromadzi rozproszone owce. Ewangelia pokazuje kobietę, która przynosi do Jezusa swój ból i nie odchodzi, dopóki nie otrzyma łaski.

To Słowo zaprasza mnie, abym uwierzył, że Bóg nie rezygnuje z tego, co poranione. Abym pozwolił Mu odbudowywać moje serce. Abym przynosił Mu cierpienie moje i tych, których kocham. Abym nie zniechęcał się milczeniem Boga. Abym umiał modlić się prosto: „Panie, dopomóż mi.”  Bo Bóg kocha odwieczną miłością. Gromadzi jak Pasterz. Odbudowuje jak Ten, który zna ruiny mojego serca. I daje łaskę nawet temu, kto czuje się niegodny, jeśli tylko przychodzi z pokorną i wytrwałą wiarą.

Modlitwa

Panie Jezu, dziękuję Ci za Twoją odwieczną miłość, która nie rezygnuje ze mnie nawet wtedy, gdy jestem poraniony i rozproszony. Odbuduj we mnie to, co osłabło przez grzech, lęk i zmęczenie. Gromadź moje serce jak Dobry Pasterz swoje owce. Naucz mnie wiary kobiety kananejskiej: wytrwałej, pokornej i ufnej. Kiedy nie widzę odpowiedzi i nie mam już wielu słów, pozwól mi wołać z głębi serca: Panie, dopomóż mi. Amen.

Wtorek – 4 VIII Wspomnienie św. Jana Marii Vianneya, prezbitera — patrona proboszczów Jr 30, 1-2. 12-15. 18-22 | Ps 102 (101) | Mt 15, 1-2. 10-14

Dzisiejsze Słowo prowadzi mnie do bardzo szczególnej modlitwy. Jest to dzień św. Jana Marii Vianneya, patrona proboszczów. Dzień, w którym Kościół przypomina, że kapłan nie jest właścicielem parafii, ale sługą Boga i ludzi. Dzień, w którym proboszcz szczególnie potrzebuje modlitwy swoich parafian, a parafianie potrzebują serca pasterza, który nie zasłania sobą Chrystusa, ale do Niego prowadzi.

Dlatego dzisiejsza Msza święta w intencji proboszcza i parafian, którym posługuje, nie jest tylko grzecznym gestem. Jest modlitwą o świętość więzi pasterza i wspólnoty. O to, aby proboszcz nie przestał być uczniem Jezusa. I o to, aby parafianie nie byli tylko odbiorcami posługi, ale żywą wspólnotą wiary, za którą kapłan odpowiada przed Bogiem.

Pierwsze czytanie z proroka Jeremiasza jest mocne i bolesne. Bóg mówi do swojego ludu: „Klęska twoja jest nieuleczalna, rana twoja bolesna.” To Słowo nie pozwala uciec od prawdy. Grzech rani. Niewierność rani. Oddalenie od Boga rani. I są takie rany w człowieku, w rodzinie, w parafii, w Kościele, których nie da się przykryć pobożnym słowem ani zewnętrznym spokojem.

Bóg mówi przez Jeremiasza: „Nie ma nikogo, kto by się podjął twojej sprawy.” To zdanie brzmi dramatycznie. Człowiek może dojść do takiego miejsca, w którym wszystkie ludzkie zabezpieczenia zawodzą. Nie pomaga pycha. Nie pomaga udawanie. Nie pomaga opinia innych. Nie pomaga zrzucanie winy. Rana pozostaje raną. Ale właśnie tam, gdzie człowiek przestaje się ratować sam, zaczyna się przestrzeń dla Boga. Bo po słowach o ranie i karze przychodzi obietnica odnowy: „Odmienię los namiotów Jakuba i zlituję się nad jego siedzibami.”

Bóg nie kończy na diagnozie grzechu. On zapowiada odbudowę. Miasto ma być odbudowane, pałac stanie na swoim miejscu, znowu popłynie dziękczynienie i głos radości. To bardzo ważne także dla życia parafii. Parafia nie jest wspólnotą ludzi bez ran. Nie jest miejscem, gdzie wszyscy są doskonali. Jest miejscem, gdzie Bóg chce leczyć rany, odnawiać więzi, podnosić grzeszników, przywracać nadzieję i budować swój lud.

Proboszcz też nie jest człowiekiem bez ran i słabości. Jest glinianym naczyniem, które niesie skarb. Potrzebuje modlitwy, aby nie zwątpił, nie zgorzkniał, nie stał się urzędnikiem świętych spraw, ale pozostał pasterzem według Serca Jezusa. I parafianie także potrzebują modlitwy proboszcza. Potrzebują kapłana, który nie tylko organizuje, ogłasza i zarządza, ale przede wszystkim zanosi ich do Boga: ich cierpienia, rodziny, zmarłych, dzieci, młodzież, chorych, poranionych, pogubionych, tych blisko Kościoła i tych daleko.

Najpiękniejsza obietnica pierwszego czytania brzmi: „Wy będziecie moim narodem, a Ja będę waszym Bogiem.” To jest cel każdej parafii. Nie tylko dobrze funkcjonować. Nie tylko mieć nabożeństwa, remonty, wydarzenia i porządek. Ale być ludem Boga. Być wspólnotą, która należy do Pana. Być miejscem, gdzie człowiek może usłyszeć: Bóg jest twoim Bogiem, a ty nie jesteś sam. Psalm odpowiada: „Pan się objawi w chwale na Syjonie.” Bóg objawia swoją chwałę nie tylko w wielkich wydarzeniach. Objawia ją tam, gdzie odbudowuje to, co zniszczone. Tam, gdzie wysłuchuje modlitwy opuszczonych. Tam, gdzie patrzy z wysokości na ziemię, aby usłyszeć jęki uwięzionych i uwolnić skazanych na śmierć. To jest bardzo kapłańskie Słowo.

Kapłan ma być człowiekiem, który słyszy jęk uwięzionych: uwięzionych w grzechu, lęku, uzależnieniach, samotności, rozpaczy, nieprzebaczeniu. Ma pomagać im zobaczyć, że Bóg patrzy, słyszy i przychodzi z miłosierdziem.

Ale proboszcz sam też musi pozwolić Bogu słyszeć własny jęk. Nie może udawać przed Panem mocniejszego, niż jest. Musi przychodzić do Boga z własnym zmęczeniem, grzechem, bezradnością, pytaniami i prosić: Panie, odbuduj najpierw mnie, abym nie budował parafii tylko własnymi siłami.

Aklamacja prowadzi mnie do wyznania: „Nauczycielu, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela.” To zdanie przypomina, kto naprawdę jest centrum. Nie proboszcz. Nie ludzkie zwyczaje. Nie opinie. Nie układy. Nie przyzwyczajenia.

Centrum jest Chrystus — Syn Boży i Król. Kapłan jest sługą Jego królestwa. Parafia jest Jego wspólnotą. Liturgia jest Jego dziełem. Sakramenty są Jego łaską. Słowo jest Jego prawdą. Ewangelia dotyka bardzo poważnego niebezpieczeństwa: zaślepienia. Faryzeusze pytają Jezusa, dlaczego uczniowie nie zachowują tradycji starszych. Jezus odpowiada, że nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale to, co wychodzi z ust, bo pochodzi z serca. To Słowo bardzo mocno dotyka życia religijnego. Można pilnować zewnętrznych zwyczajów, a zaniedbać serce. Można być bardzo przywiązanym do form, a nie mieć miłości. Można bronić tradycji, a ranić człowieka językiem. Można troszczyć się o szczegóły, a przeoczyć miłosierdzie. Można być blisko ołtarza, a sercem daleko od Boga.

Jezus mówi o ślepych przewodnikach: „Jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną.” To zdanie w dniu proboszcza brzmi szczególnie poważnie. Pasterz nie może być ślepym przewodnikiem. Nie może prowadzić ludzi własną pychą, nerwem, ambicją, urazą czy zmęczeniem. Musi pozwalać, aby Jezus otwierał mu oczy. Oczy na Boga, na ludzi, na prawdę o sobie, na rany parafii, na tych, którzy są pomijani, na tych, którzy milczą, na tych, którzy potrzebują nie tylko słowa, ale serca.

Ale to zdanie dotyczy nie tylko kapłana. Każdy chrześcijanin może stać się dla kogoś przewodnikiem albo zgorszeniem. Rodzic dla dziecka. Małżonek dla współmałżonka. Sąsiad dla sąsiada. Człowiek wierzący dla tego, kto patrzy na Kościół z daleka. Dlatego dzisiaj modlimy się nie tylko za proboszcza, ale i za parafian, którym posługuje. Aby pasterz i wspólnota razem pozwolili się prowadzić Chrystusowi. Aby nie było między nimi gry pozorów, ale droga ku świętości. Aby słowo napomnienia nie było odbierane jak atak, ale jak troska. Aby słowo wdzięczności nie było tylko uprzejmością, ale znakiem wspólnej odpowiedzialności za Kościół.

Święty Jan Maria Vianney pokazuje, że proboszcz może po ludzku nie mieć wielkich talentów, ale jeśli ma serce całkowicie oddane Bogu, staje się narzędziem łaski. Jego siłą nie była błyskotliwość, lecz świętość. Nie zbudował parafii przez same plany, ale przez modlitwę, pokutę, konfesjonał, Eucharystię i miłość do powierzonych mu ludzi. To jest bardzo wymagające światło.

Dla proboszcza: aby nie szukał siebie, ale Chrystusa.

Dla parafian: aby nie patrzyli na kapłana tylko jak na usługodawcę religijnego, ale modlili się za niego i razem z nim budowali wspólnotę.

Dla wszystkich: aby parafia nie była tylko miejscem załatwiania spraw religijnych, ale domem Boga, w którym rany są leczone, grzesznicy wzywani do nawrócenia, a ubodzy i zagubieni odnajdują drogę.

Dzisiejsze Słowo zaprasza mnie: abym uznał, że grzech naprawdę rani, ale Bóg może odbudować to, co zniszczone, abym modlił się za parafię jako wspólnotę ludzi potrzebujących uzdrowienia, abym prosił, aby proboszcz był pasterzem według Serca Jezusa, abym nie zatrzymał się na zewnętrznej religijności, ale pozwolił Bogu oczyścić serce, abym nie był ślepym przewodnikiem dla innych, abym modlił się za tych, którym posługuję, i z wdzięcznością przyjmował ich modlitwę, abym razem z całą wspólnotą mógł usłyszeć: „Wy będziecie moim narodem, a Ja będę waszym Bogiem.”

Bo parafia żyje nie wtedy, gdy wszystko jest tylko dobrze zorganizowane. Parafia żyje wtedy, gdy Chrystus jest jej Panem. Gdy proboszcz i parafianie razem pozwalają się Jemu prowadzić. Gdy rany nie są ukrywane, ale oddawane Bogu. Gdy słowo prawdy nie zaślepia pychą, lecz prowadzi do uzdrowienia. I gdy wszyscy uczą się, że największą chwałą parafii nie jest to, co zbudowała zewnętrznie, ale to, czy naprawdę należy do Boga.

Modlitwa

Panie Jezu, Dobry Pasterzu, dziękuję Ci za dar Kościoła, parafii i kapłaństwa. W dniu św. Jana Marii Vianneya proszę Cię za proboszcza i za wszystkich parafian, którym posługuje. Ulecz rany, które nosimy w sercach. Odbuduj to, co osłabło przez grzech, obojętność, pychę i zmęczenie. Spraw, aby proboszcz nie zasłaniał Ciebie, ale prowadził do Ciebie. Daj mu serce pokorne, cierpliwe, czyste i wierne. Daj parafianom ducha modlitwy, odpowiedzialności i miłości do Kościoła. Otwórz nasze oczy, abyśmy nie byli ślepymi przewodnikami, ale uczniami prowadzonymi Twoim światłem. Niech nasza parafia będzie naprawdę Twoim ludem, a Ty bądź naszym Bogiem. Amen.

2 VIII 2026 XVIII Niedziela Zwykła Iz 55, 1-3 | Ps 145 (144) | Rz 8, 35. 37-39 | Mt 14, 13-21

Dzisiejsze Słowo prowadzi mnie do Boga, który karmi człowieka. Nie tylko jego ciało, ale przede wszystkim duszę. Bóg widzi nasze głody: pragnienie pokoju, sensu, miłości, przebaczenia, bezpieczeństwa, nadziei. Widzi także, jak często próbujemy nasycić serce tym, co nie daje życia.

Prorok Izajasz woła: „Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody.” To nie jest surowy nakaz, ale pełne czułości zaproszenie Boga. On nie mówi: przyjdźcie dopiero wtedy, gdy będziecie doskonali. Nie mówi: przyjdźcie, gdy będziecie mieli czym zapłacić. Mówi do spragnionych, ubogich, głodnych, utrudzonych: przyjdźcie. Bóg pyta jednak bardzo konkretnie: „Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę na to, co nie nasyci?”

To pytanie zatrzymuje mnie przy moim życiu. Na co zużywam siły? Co naprawdę karmi moje serce? Czy nie pracuję czasem bardzo dużo dla rzeczy, które ostatecznie nie dają pokoju? Można mieć wiele spraw, planów, obowiązków, osiągnięć, a pozostać duchowo głodnym.  Bóg wskazuje drogę: „Nakłońcie wasze ucho i przyjdźcie do Mnie, posłuchajcie Mnie, a dusza wasza żyć będzie.” Dusza żyje, kiedy słucha Boga. Dlatego potrzebuję Jego Słowa, modlitwy, ciszy, Eucharystii i powrotu do źródła. Bez tego nawet dobre działania mogą stać się puste i męczące.

Psalm odpowiada: „Otwierasz rękę, karmisz nas do syta.” Bóg nie jest skąpy. Otwiera rękę i daje życie, łaskę, przebaczenie, pokój i nadzieję. Problemem często nie jest to, że Bóg nie daje, ale że moje ręce są zajęte czymś innym: lękiem, urazą, planami, przywiązaniem, kontrolą. Trzeba mieć wolne serce, aby przyjąć dar.

Święty Paweł w drugim czytaniu prowadzi mnie jeszcze głębiej: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?” I odpowiada z wielką pewnością, że nic nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga. Ani utrapienie, ani ucisk, ani głód, ani niebezpieczeństwo, ani śmierć. To nie znaczy, że życie wierzącego jest wolne od trudności. To znaczy, że żadna trudność nie musi mnie oderwać od Chrystusa, jeśli trwam przy Nim. To bardzo łączy się z Eucharystią. Jezus nie tylko mówi, że mnie kocha. On daje mi samego siebie jako pokarm. Karmi mnie sobą, abym nie zgasł w drodze, nie załamał się w trudnościach i nie zwątpił, że jestem kochany.

Aklamacja przypomina: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.”

W Ewangelii Jezus widzi tłum. Lituje się nad ludźmi, uzdrawia chorych, a potem troszczy się o ich głód. Uczniowie widzą problem po ludzku: miejsce jest puste, pora spóźniona, ludzi jest zbyt wielu. Proponują rozwiązanie najprostsze: „Każ więc rozejść się tłumom.” Ale Jezus mówi: „Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść.” To zdanie jest bardzo wymagające. Jezus nie pozwala uczniom uciec od odpowiedzialności. Nie każe im jednak działać własną mocą. Każe im przynieść to, co mają. Uczniowie odpowiadają: „Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb.” Jak często to jest także moja modlitwa: Panie, mam za mało. Za mało siły, wiary, cierpliwości, czasu, mądrości, serca. A Jezus nie odrzuca tej małości. Mówi: „Przynieście Mi je tutaj.”

To jest serce tej Ewangelii. Cud zaczyna się wtedy, gdy człowiek przynosi Jezusowi to niewiele, co ma. Pięć chlebów i dwie ryby w rękach uczniów to za mało. W rękach Jezusa stają się pokarmem dla tłumów. Jezus bierze chleby, spogląda w niebo, błogosławi, łamie i daje uczniom. To bardzo eucharystyczny obraz. Tak dzieje się na ołtarzu. Jezus bierze chleb, błogosławi, łamie i daje. Ale podobnie może czynić z moim życiem. Bierze to, co Mu oddaję, błogosławi, czasem łamie moją pychę i samowystarczalność, aby uczynić mnie darem dla innych. Na końcu wszyscy jedzą do syta, a zostaje jeszcze dwanaście koszów ułomków. Tam, gdzie po ludzku było za mało, w rękach Jezusa stało się więcej niż potrzeba.

Dzisiejsze Słowo zaprasza mnie, abym zapytał, czym naprawdę karmię swoje serce; abym wracał do Boga jako źródła życia; abym ufał, że nic nie odłączy mnie od miłości Chrystusa; i abym nie zatrzymywał się na swojej małości, ale przynosił ją Jezusowi. Bo Bóg nie oczekuje ode mnie tego, czego nie mam. Prosi, abym oddał Mu to, co mam. A w Jego rękach nawet niewiele może stać się pokarmem dla wielu.

Modlitwa
Panie Jezu, dziękuję Ci, że widzisz mój głód i głód ludzi wokół mnie. Dziękuję, że nie odsyłasz mnie pustego, ale karmisz swoim Słowem, miłosierdziem i Eucharystią. Naucz mnie nie szukać pokarmu tam, gdzie dusza nie może się nasycić. Przyjmij moje małe siły, słabą wiarę, niewielkie możliwości i codzienny trud. Pobłogosław to, co mam, i uczyń z tego dar dla innych. Spraw, abym nigdy nie zwątpił, że nic nie zdoła odłączyć mnie od Twojej miłości. Amen

2. VIII. 2026 18 Niedziela Zwykła

  1. Bóg zapłać za posprzątanie i ofiary rodzinie  Burek 50 zł i Kołtyś 130 zł. O przygotowanie kościoła  na następną niedzielę proszę kolejne dwie rodziny, na Dożynki 15 VIII trzy rodziny i na niedzielę 23 VIII dwie rodziny.
  2. Bóg zapłać włączającym się w liturgię. W minionym tygodniu niemal na każdej Mszy ktoś prowadził śpiewy, czytał lekcje, czy modlitwę wiernych. Bóg zapłać za zaangażowanie
    i świadectwo.
  3. Bóg zapłać za ofiary na kościół Ryszard Pyrak. 1000 zł. i kopertowa 1x bezimienna 200 zł,
  4. Liturgiczne wspomnienia i wydarzenia tygodnia
    -poniedziałek o 6.00 ruszamy na pielgrzymkę.
    wtorek wspomnienie św. Jana Marii Vianeya- o 18.00 Msza przez wstawiennictwo św. Jana Marii Vianeya, patrona proboszczów, o właściwe wypełnianie powierzonej mi funkcji w Sulowie i w intencji moich parafian
    środa    Pierwsza  Środa o 18.00 Msza św. przez wstawiennictwo Świętego Józefa i nabożeństwo z „wystawieniem”
    -czwartek     Święto Przemienienia Pańskiego – Msze o 7.00 i 9.00                          
    -piątek     pierwszy piątek:  spowiedź o 17.30, o 18.00 Msza święta. Od tego piątku do niedzieli 23 sierpnia na parafii zastąpi mnie ks. Jerzy Krawczyk, diecezjalny moderator Ruchu Światło Życie.
    sobota    wspomnienie św. Dominika
    niedziela – taca zostanie przekazana na Caritas na realizację jej projektów pomocowych
  5. W tym tygodniu rocznicę śmierci obchodzą kapłani: ks.  Burza Zdzisław, ks. Duda Tomasz, ks. Szafran Zygmunt, ks. Roszkowski Stefan, ks. Gronowicz Czesław, Nasi parafianie:  Toporowski Czesław, Piasecka Natalia, Mroczek Karol, Jabłońska Genowefa, Pietraszek Stefan, Szuba Janina, Jargieło Feliksa, Widomska Anna, Ciszek Józef, Gołoś Bronisława, Kowalik Witold,  Polećmy ich wszystkich Miłosiernemu Bogu: Wieczny odpoczynek…

G

1 VIII 2026 Sobota – rozważanie Wspomnienie św. Alfonsa Marii Liguoriego, biskupa i doktora Kościoła Jr 26, 11-16. 24 | Ps 69 (68) | Mt 14, 1-12

Dzisiejsze Słowo prowadzi mnie do bardzo poważnej prawdy: za wierność Bogu nieraz trzeba zapłacić cenę. Jeremiasz staje wobec groźby śmierci, bo głosi słowo Pana. Jan Chrzciciel ginie, bo nie milczy wobec grzechu. A ja muszę zapytać siebie: czy jestem gotów trwać przy prawdzie także wtedy, gdy staje się niewygodna?

Pierwsze czytanie pokazuje Jeremiasza oskarżonego przez kapłanów i proroków. Domagają się dla niego śmierci, bo powiedział słowo, które było trudne do przyjęcia. Jeremiasz nie broni siebie ludzkimi sposobami. Nie manipuluje. Nie wycofuje się ze strachu. Mówi jasno: „Pan posłał mnie, bym mówił przeciw temu domowi i temu miastu wszystkie słowa, które słyszeliście.”

To zdanie bardzo mnie zatrzymuje. Jeremiasz wie, że nie mówił od siebie. Nie szukał konfliktu dla samego konfliktu. Nie chciał być surowy, aby kogoś upokorzyć. Był posłany przez Boga. To uczy mnie, że prawda Boża nie zawsze jest łatwa, ale zawsze ma cel zbawczy. Bóg nie napomina po to, żeby zniszczyć człowieka. Napomina, żeby go ocalić. Jeremiasz mówi dalej: „Poprawcie postępowanie i uczynki wasze, słuchajcie głosu Pana, Boga waszego.”

W tym jednym zdaniu jest serce proroctwa. Bóg nie chce śmierci grzesznika. Bóg chce nawrócenia. Nawet mocne słowo jest zaproszeniem do życia. Nawet ostrzeżenie jest wyrazem miłosierdzia. Nawet trudna prawda jest łaską, jeśli prowadzi mnie do poprawy. Pytam dziś samego siebie: Czy przyjmuję Boże napomnienia? Czy potrafię słuchać prawdy o sobie? Czy nie obrażam się, gdy Słowo Boże dotyka mojego grzechu, pychy, zaniedbania albo przywiązania? Czy nie wolę czasem uciszyć proroka, zamiast zmienić serce?

Jeremiasz jest gotów oddać swoje życie. Mówi: „Oto jestem w waszym ręku. Uczyńcie ze mną, co uznacie za dobre i słuszne.” To jest postawa człowieka całkowicie oddanego Bogu. On nie trzyma kurczowo swojego bezpieczeństwa. Nie zmienia prawdy, aby ocalić siebie. Wie, że jego życie należy do Pana.

To bardzo mocno zawstydza moje serce. Bo ja często boję się o wiele mniejszych rzeczy. Boję się niezrozumienia. Boję się krytyki. Boję się utraty uznania. Boję się, że komuś się nie spodoba moje świadectwo. Boję się powiedzieć jasno, że coś jest grzechem. Boję się bronić Ewangelii, kiedy inni ją lekceważą. A Jeremiasz uczy mnie, że nie można bardziej bać się ludzi niż Boga.

Psalm jest modlitwą człowieka uciśnionego: „W Twojej dobroci wysłuchaj mnie, Panie.” To wołanie bardzo pasuje do Jeremiasza i do Jana Chrzciciela. Człowiek wierny Bogu nie zawsze jest rozumiany. Czasem zostaje odrzucony właśnie dlatego, że nie chce zdradzić prawdy. Czasem jego gorliwość zostaje uznana za przesadę. Czasem miłość do Boga staje się powodem cierpienia. Psalmista modli się: „Wyrwij mnie z bagna, abym nie zatonął.” Jak bardzo ludzka jest ta modlitwa.

Bo czasem człowiek czuje, że trudności go wciągają. Że niezrozumienie, oskarżenia, samotność, zmęczenie i walka duchowa stają się jak bagno. Nie zawsze potrafi sam z tego wyjść. Wtedy pozostaje wołanie: Panie, wysłuchaj mnie w swojej dobroci. Nie dlatego, że jestem mocny. Nie dlatego, że sobie poradzę. Ale dlatego, że Ty jesteś wierny. Psalm kończy się jednak nadzieją: „Pan wysłuchuje biednych i swoimi więźniami nie gardzi.” To bardzo ważne. Bóg nie gardzi człowiekiem, który cierpi dla sprawiedliwości. Nie zapomina o tych, którzy są osamotnieni z powodu prawdy. Nie opuszcza swoich proroków, nawet jeśli ludzie ich odrzucają.

Aklamacja mówi: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.” To słowo prowadzi mnie wprost do Ewangelii o śmierci Jana Chrzciciela. Jan jest człowiekiem prawdy. Nie umie milczeć tam, gdzie grzech niszczy człowieka. Mówi Herodowi: „Nie wolno ci jej mieć.” To krótkie zdanie kosztowało go więzienie, a potem życie. Jan Chrzciciel pokazuje, że prawdziwa miłość nie zawsze polega na milczeniu. Czasem miłość musi powiedzieć prawdę. Nie z nienawiści. Nie z wyższości. Nie po to, aby upokorzyć. Ale po to, aby ocalić sumienie.

Herod słucha Jana, ale nie ma odwagi się nawrócić. Jest w nim jakiś lęk, może nawet szacunek, ale grzech trzyma go mocniej niż prawda. Potem dochodzi pycha, przysięga złożona przed gośćmi, ludzka opinia, presja chwili. I Herod wybiera śmierć proroka zamiast upokorzenia własnej ambicji. To bardzo mocne ostrzeżenie. Człowiek może wiedzieć, że ktoś mówi prawdę, a jednak jej nie przyjąć. Może cenić proroka, ale nie zmienić życia. Może bać się Boga, ale bardziej bać się ludzi. Może rozpoznać dobro, a jednak ulec presji otoczenia.

Pytam dziś siebie: Czy nie ma we mnie czegoś z Heroda? Czy nie słucham czasem Słowa Bożego z pewnym poruszeniem, ale bez decyzji nawrócenia? Czy nie odkładam zmiany, bo boję się konsekwencji? Czy nie bardziej zależy mi na opinii ludzi niż na wierności Bogu? Śmierć Jana Chrzciciela jest dramatem ludzkiego sumienia. Ginie prorok, bo ktoś nie chciał uznać prawdy o swoim grzechu. Ginie człowiek sprawiedliwy, bo pycha i pożądanie zamknęły serce możnego.

Ale Jan nie przegrywa. Po ludzku zostaje ścięty. Duchowo pozostaje zwycięzcą. Bo nie zdradził prawdy. Nie cofnął się. Nie sprzedał sumienia za bezpieczeństwo. Nie milczał wtedy, gdy trzeba było mówić.

Dzisiejsze wspomnienie św. Alfonsa Marii Liguoriego bardzo pięknie wpisuje się w to Słowo. Był pasterzem, teologiem moralistą, człowiekiem głębokiego sumienia i wielkiego miłosierdzia. Uczył, że prawda moralna nie jest ciężarem rzuconym na człowieka, ale drogą do wolności. Jednocześnie przypominał, że Boże miłosierdzie jest większe niż ludzka słabość.

Święty Alfons pomaga mi zrozumieć równowagę dzisiejszego Słowa. Nie wolno zdradzić prawdy. Ale prawdę trzeba głosić z miłością. Nie wolno lekceważyć grzechu. Ale grzesznika trzeba prowadzić do miłosierdzia. Nie wolno fałszować sumienia. Ale sumienie trzeba formować cierpliwie, w świetle Ewangelii. Jeremiasz i Jan Chrzciciel przypominają mi o odwadze prawdy. Święty Alfons przypomina mi, że prawda i miłosierdzie nie są przeciwko sobie. Prawdziwe miłosierdzie nie ukrywa grzechu. Prawdziwa prawda nie odbiera nadziei.

Dzisiejsze Słowo zaprasza mnie: abym nie uciszał Bożego napomnienia, gdy dotyka mojego serca, abym miał odwagę poprawiać swoje postępowanie i uczynki, abym bardziej bał się utraty Boga niż ludzkiej opinii, abym w chwilach oskarżenia i niezrozumienia szukał oparcia w modlitwie, abym uczył się od Jana Chrzciciela wierności prawdzie, abym nie był jak Herod, który słucha, ale się nie nawraca, i abym za przykładem św. Alfonsa łączył prawdę z miłosierdziem.

Bo Słowo Boże nie jest dane po to, aby mnie upokorzyć. Jest dane po to, aby mnie ocalić. A człowiek naprawdę wolny to ten, który nie zdradza prawdy nawet wtedy, gdy prawda kosztuje.

Modlitwa
Panie Jezu, dziękuję Ci za proroków, którzy mieli odwagę mówić prawdę. Przebacz mi chwile, gdy uciszałem Twoje Słowo, bo było dla mnie niewygodne. Daj mi serce pokorne, zdolne przyjąć napomnienie i wejść na drogę nawrócenia. Ucz mnie odwagi Jeremiasza i wierności Jana Chrzciciela. Nie pozwól mi bardziej lękać się ludzi niż Ciebie. Przez wstawiennictwo św. Alfonsa Marii Liguoriego naucz mnie łączyć prawdę z miłosierdziem i prowadź moje sumienie drogą Ewangelii. Amen.

31 VII 2026 r. Piątek – rozważanie Wspomnienie św. Ignacego z Loyoli, Jr 26, 1-9 | Ps 69 (68) | Mt 13, 54-58

Dzisiejsze Słowo prowadzi mnie do tajemnicy odrzucenia. Pokazuje proroka Jeremiasza, który mówi prawdę w imieniu Boga i zostaje uznany za winnego śmierci. Pokazuje Jezusa, który przychodzi do swojego rodzinnego miasta, a jednak zostaje zlekceważony przez tych, którzy wydawałoby się, powinni znać Go najlepiej.

To Słowo jest bardzo wymagające, bo pyta mnie, czy naprawdę chcę słuchać Boga, także wtedy, gdy Jego słowo nie jest wygodne.

Pierwsze czytanie ukazuje Jeremiasza posłanego do świątyni. Bóg mówi mu, aby stanął na dziedzińcu domu Pańskiego i głosił wszystko, co Pan mu rozkaże.

To ważne. Jeremiasz nie ma mówić tego, co sam uważa za stosowne. Nie ma mówić tego, co spodoba się ludziom. Nie ma wybierać tylko łagodnych słów. Ma powiedzieć wszystko, co Bóg mu polecił. I właśnie to jest trud proroka.

Prawdziwy prorok nie jest człowiekiem własnych opinii, ale sługą Słowa. Nie mówi po to, by zdobyć popularność. Nie mówi po to, by się przypodobać. Nie mówi po to, by ludzie bili mu brawo. Mówi, bo Bóg posyła. Jeremiasz wzywa lud do nawrócenia. Zapowiada, że jeśli nie będą słuchać Pana i nie będą postępować według Jego Prawa, świątynia może podzielić los Szilo.

To musiało zaboleć. Dla ludzi świątynia była znakiem bezpieczeństwa. Mogli myśleć: skoro mamy świątynię, nic nam nie grozi. Skoro jest kult, ofiary, obrzędy, Bóg musi być po naszej stronie. A Jeremiasz mówi: zewnętrzne znaki nie wystarczą, jeśli serce jest niewierne. To bardzo mocno dotyka także mnie. Bo mogę łatwo oprzeć się na zewnętrznej religijności. Na tym, że jestem w kościele. Na tym, że znam modlitwy. Na tym, że uczestniczę w liturgii. Na tym, że należę do wspólnoty wierzących.

Ale Bóg pyta głębiej: czy moje serce jest nawrócone? Czy moje życie jest zgodne ze Słowem? Czy słucham Pana naprawdę, czy tylko zachowuję religijne przyzwyczajenia?

Reakcja ludzi na słowo Jeremiasza jest bardzo gwałtowna: „Musisz umrzeć!” To przerażające. Zamiast przyjąć wezwanie do nawrócenia, chcą uciszyć proroka. Zamiast zapytać, czy Bóg rzeczywiście mówi przez niego, oskarżają go. Zamiast zmienić życie, chcą usunąć tego, kto przypomina prawdę.

To jest mechanizm, który może działać także we mnie. Kiedy Słowo Boże dotyka czegoś trudnego, mogę próbować je uciszyć. Mogę powiedzieć: to mnie nie dotyczy. Mogę się obrazić. Mogę szukać usprawiedliwień. Mogę bardziej skupić się na tym, kto mówi, niż na tym, co Bóg chce mi powiedzieć. Mogę odrzucić napomnienie tylko dlatego, że jest niewygodne. Jeremiasz uczy mnie odwagi mówienia prawdy, ale jeszcze bardziej uczy mnie pokory słuchania prawdy.

Psalm jest modlitwą człowieka odrzuconego i niesprawiedliwie prześladowanego: „W Twojej dobroci wysłuchaj mnie, Panie.” Psalmista mówi o tych, którzy nienawidzą go bez powodu. Mówi o zniewagach, o cierpieniu dla sprawy Boga, o gorliwości o dom Pański. To bardzo pasuje do Jeremiasza. Ale jeszcze bardziej prowadzi mnie ku Jezusowi. On także został odrzucony. On także cierpiał niewinnie. On także znosił zniewagi. On także przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli. Psalm uczy mnie, że w chwilach niezrozumienia mam szukać schronienia w Bogu. Nie w zemście. Nie w użalaniu się nad sobą. Nie w goryczy. Ale w modlitwie.

„Wysłuchaj mnie, Panie.” To prosta modlitwa człowieka, który wie, że Bóg widzi prawdę głębiej niż ludzkie osądy.

Aklamacja przypomina: „Słowo Pana trwa na wieki.” To zdanie jest bardzo ważne w kontekście dzisiejszych czytań. Ludzie mogą odrzucić proroka. Mogą lekceważyć Jezusa. Mogą zamknąć uszy na prawdę. Ale Słowo Pana trwa. Nie traci mocy dlatego, że człowiek go nie słucha. Nie przestaje być prawdą dlatego, że jest niewygodne. Nie starzeje się. Nie zależy od nastrojów świata. Słowo Pana trwa na wieki.

Pytam siebie: czy ja buduję życie na tym Słowie, czy raczej na tym, co zmienne, wygodne i chwilowe?

Ewangelia pokazuje Jezusa w Nazarecie. Przychodzi do swojego rodzinnego miasta i naucza w synagodze. Ludzie są zdumieni Jego mądrością i cudami, ale szybko przechodzą od zdumienia do lekceważenia.

Pytają: „Czyż nie jest On synem cieśli?” To zdanie odsłania wielkie niebezpieczeństwo duchowe: przyzwyczajenie. Mieszkańcy Nazaretu znali Jezusa z codzienności. Widzieli Go dorastającego. Znali Jego rodzinę. Wiedzieli, skąd pochodzi. I właśnie ta pozorna znajomość zamknęła ich na tajemnicę. Nie potrafili zobaczyć w Nim więcej. Nie potrafili przyjąć, że Bóg może przyjść tak blisko, tak zwyczajnie, tak pokornie.

To słowo jest bardzo mocne. Bo ja także mogę przyzwyczaić się do Jezusa. Do Ewangelii. Do Mszy Świętej. Do Komunii. Do modlitwy. Do sakramentów. Do świętych słów. Mogę tak często być blisko rzeczy Bożych, że przestanę się nimi zachwycać.

Mogę znać Jezusa zewnętrznie, a nie przyjąć Go sercem. Mogę mówić: przecież ja to już znam. A wtedy łaska może przechodzić obok mnie, bo moje serce staje się zamknięte.

Jezus mówi: „Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony.” To zdanie pokazuje ból Jezusa.

Najtrudniej zostać odrzuconym przez swoich. Przez tych, którzy są blisko. Przez tych, którzy powinni rozumieć. Ale jednocześnie Ewangelia pokazuje, że Jezus nie zmusza nikogo do wiary. Nie narzuca swojej mocy. Nie urządza widowiska, aby przekonać opornych. Święty Mateusz mówi, że niewiele cudów tam zdziałał z powodu ich niedowiarstwa. To bardzo poważne. Niewiara zamyka człowieka na działanie Boga. Nie dlatego, że Bóg jest słaby. Ale dlatego, że szanuje wolność człowieka. Jeśli serce jest zamknięte, nawet największa bliskość Jezusa nie przyniesie owocu.

Dzisiejsze wspomnienie św. Ignacego z Loyoli pięknie wpisuje się w to Słowo. Ignacy doświadczył, że Bóg potrafi przemieniać życie człowieka bardzo głęboko. Z rycerza szukającego własnej chwały stał się człowiekiem szukającym większej chwały Boga. Jego droga pokazuje, że prawdziwe nawrócenie zaczyna się wtedy, gdy człowiek pozwala Bogu prześwietlić swoje pragnienia.

Święty Ignacy uczy mnie rozeznawania. Pyta mnie dziś: Co naprawdę porusza moje serce? Czy szukam woli Boga, czy własnej chwały? Czy chcę słyszeć prawdę, czy tylko to, co potwierdza moje plany? Czy umiem przyjąć Słowo, które mnie koryguje? Czy potrafię zobaczyć Boga w tym, co zwyczajne? Bo zarówno Jeremiasz, jak i Jezus zostali odrzuceni przez ludzi, którzy nie chcieli pozwolić, aby Bóg naruszył ich schematy.

A św. Ignacy pokazuje drogę odwrotną: pozwolić Bogu wejść w moje pragnienia, decyzje i plany, aż całe życie stanie się szukaniem Jego większej chwały.

Dzisiejsze Słowo zaprasza mnie: abym nie uciszał Bożego napomnienia tylko dlatego, że jest trudne, abym nie opierał wiary jedynie na zewnętrznych znakach religijności, abym w chwilach odrzucenia i niezrozumienia szukał schronienia w Bogu, abym pamiętał, że Słowo Pana trwa na wieki, abym nie lekceważył Jezusa przez przyzwyczajenie, abym prosił o żywą wiarę, która otwiera serce na Jego działanie, i abym za przykładem św. Ignacego rozeznawał swoje pragnienia i szukał we wszystkim większej chwały Boga.

Bo można być bardzo blisko świątyni i nie słuchać Boga. Można mieszkać w Nazarecie i nie rozpoznać Mesjasza. Można znać Ewangelię i nie pozwolić jej przemienić życia. Dlatego proszę dziś o serce pokorne, które nie tylko słyszy Słowo, ale naprawdę je przyjmuje.

Modlitwa
Panie Jezu, dziękuję Ci za Twoje Słowo, które trwa na wieki i nie traci mocy, nawet gdy człowiek je odrzuca. Przebacz mi chwile, w których nie chciałem słuchać prawdy, uciszałem napomnienie albo lekceważyłem Twoją obecność przez przyzwyczajenie. Daj mi serce otwarte, pokorne i wierzące. Ucz mnie rozpoznawać Ciebie także w tym, co zwyczajne. Przez wstawiennictwo św. Ignacego z Loyoli pomagaj mi rozeznawać moje pragnienia i szukać we wszystkim większej chwały Boga. Amen.

30 VII 2026 Czwartek Jr 18, 1-6 | Ps 146 (145) | Mt 13, 47-53

wersja krótsza

Dzisiejsze Słowo prowadzi mnie do obrazu Boga jako Garncarza. To obraz prosty, ale bardzo mocny. Bóg nie patrzy z daleka na moje życie. On chce mnie kształtować, dotykać mojego serca i nadawać mojemu życiu właściwy kształt. Jeremiasz zostaje posłany do domu garncarza. Widzi, jak garncarz pracuje przy kole. Naczynie, które lepi, ulega zniekształceniu. Ale garncarz nie wyrzuca gliny. Nie mówi, że już się do niczego nie nadaje. Z tej samej gliny robi inne naczynie, takie, jakie uznaje za dobre.

To bardzo mnie porusza.
Ja także jestem gliną w rękach Boga: kruchą, czasem oporną, zniekształconą przez grzech, pychę, lęk, niecierpliwość, własne plany i złe wybory. Ale Bóg nie odrzuca mnie dlatego, że coś we mnie się zdeformowało. On może mnie ukształtować na nowo. Bóg pyta: „Czy nie mogę postąpić z wami, domu Izraela, jak ten garncarz?”

To pytanie dotyczy także mnie. Czy pozwolę Bogu być Garncarzem mojego życia? Czy pozwolę Mu dotknąć miejsc, które sam ukrywam? Czy pozwolę Mu przemienić moje myślenie, decyzje, przywiązania i relacje? To nie jest łatwe, bo glina musi być poddana dłoniom garncarza. Musi przyjąć nacisk i proces kształtowania. Podobnie Bóg kształtuje mnie przez Słowo, sakramenty, ludzi, obowiązki, napomnienia, trudne doświadczenia i sytuacje, które odsłaniają prawdę o sercu. Czasem boli mnie Boże kształtowanie, bo oznacza rezygnację z pychy i uporu. Ale jeśli uciekam z rąk Garncarza, pozostaję bez kształtu.

Psalm mówi: „Szczęśliwy, kogo wspiera Bóg Jakuba.” To pokazuje, gdzie mam szukać oparcia. Psalm ostrzega, by nie pokładać ufności w książętach ani w człowieku. Jak łatwo oprzeć się na tym, co ludzkie: planach, zdrowiu, pieniądzach, znajomościach, opinii innych, własnym doświadczeniu. A przecież człowiek przemija. Szczęśliwy jest ten, kto ma nadzieję w Panu.
To dobrze pasuje do obrazu garncarza. Glina jest bezpieczna nie wtedy, gdy sama próbuje nadać sobie kształt, ale wtedy, gdy pozostaje w rękach dobrego garncarza. Ja także jestem bezpieczny nie wtedy, gdy wszystko kontroluję, ale gdy pozwalam Bogu mnie prowadzić.

Aklamacja modli się: „Otwórz, Panie, nasze serca, abyśmy uważnie słuchali słów Syna Twojego.” Serce zamknięte nie da się kształtować. Serce zatwardziałe nie przyjmuje dotyku Boga. Dlatego proszę dziś: Panie, otwórz moje serce na Twoje Słowo, prawdę, nawrócenie i cierpliwe kształtowanie.

Ewangelia przedstawia przypowieść o sieci zarzuconej w morze. Sieć zagarnia ryby różnego rodzaju. Potem dobre zbiera się do naczyń, a złe odrzuca. To Słowo przypomina o powadze życia. Bóg jest cierpliwy i daje czas, ale przyjdzie moment prawdy. Nie każda decyzja prowadzi do życia. Nie wszystko jest obojętne. To nie ma mnie prowadzić do panicznego lęku, ale do odpowiedzialności. Dziś mogę się nawrócić. Dziś mogę pozwolić Bogu mnie kształtować. Dziś mogę wybrać dobro i oddać Mu to, co we mnie zniekształcone.

Jezus pyta uczniów: „Zrozumieliście to wszystko?” To pytanie kieruje także do mnie. Czy rozumiem, że Bóg nie chce mnie zniszczyć, ale ukształtować? Czy rozumiem, że moje życie ma sens tylko wtedy, gdy jest w Jego rękach? Czy rozumiem, że nie mogę odkładać nawrócenia?
Dzisiejsze Słowo zaprasza mnie, abym pozwolił Bogu być Garncarzem mojego życia, nie bał się oddać Mu tego, co zniekształcone, nie opierał się tylko na ludzkich zabezpieczeniach, otworzył serce na Słowo i pamiętał o powadze moich wyborów.

Modlitwa:
Panie Jezu, oddaję Ci moje serce, słabości, grzechy, zranienia i wszystko, co we mnie zniekształcone. Nie pozwól mi uciekać z Twoich rąk. Otwórz moje serce na Twoje Słowo i kształtuj mnie cierpliwie, abym stał się naczyniem Twojej łaski. Amen.

wersja dłuższa

Dzisiejsze Słowo prowadzi mnie do bardzo głębokiego obrazu Boga jako Garncarza. To obraz prosty, ale niezwykle mocny. Bóg nie jest tylko kimś, kto patrzy z daleka na moje życie. On chce mnie kształtować. Chce dotykać mojego serca. Chce nadawać mojemu życiu właściwy kształt.

Pierwsze czytanie prowadzi proroka Jeremiasza do domu garncarza. Tam widzi człowieka pracującego przy kole garncarskim. Naczynie, które garncarz lepi, ulega zniekształceniu. Ale garncarz nie wyrzuca gliny. Nie odrzuca jej. Nie mówi: do niczego się już nie nadaje. Z tej samej gliny robi inne naczynie, takie, jakie uznaje za dobre. To bardzo mnie porusza. Bo ja także jestem gliną w rękach Boga. Kruchą. Podatną na zranienia. Czasem oporną. Czasem zniekształconą przez grzech, pychę, lęk, niecierpliwość, własne plany i złe wybory. Ale Bóg nie odrzuca mnie dlatego, że coś we mnie się zdeformowało. On chce mnie kształtować na nowo. To jest wielka nadzieja dzisiejszego Słowa. Nie jestem dla Boga straconym materiałem. Nie jestem naczyniem, którego już nie da się naprawić. Jeśli oddam się w Jego ręce, On może nadać mojemu życiu nowy kształt.

Bóg mówi przez proroka:„Czy nie mogę postąpić z wami, domu Izraela, jak ten garncarz?” To pytanie dotyczy także mnie. Czy pozwolę Bogu być Garncarzem mojego życia? Czy pozwolę Mu poprawić to, co się we mnie zniekształciło? Czy pozwolę Mu dotknąć miejsc, które sam ukrywam? Czy pozwolę Mu przemienić moje myślenie, moje decyzje, moje przywiązania, moje relacje? To nie jest łatwe. Bo glina w rękach garncarza musi być poddana. Musi pozwolić się ugniatać. Musi przyjąć nacisk dłoni. Musi zgodzić się na proces.

Podobnie jest ze mną. Bóg często kształtuje mnie przez Słowo. Przez sakramenty. Przez ludzi. Przez obowiązki. Przez napomnienia. Przez trudne doświadczenia. Przez cierpliwe oczekiwanie. Przez sytuacje, które odsłaniają prawdę o moim sercu. Czasem boli mnie Boże kształtowanie, bo oznacza rezygnację z pychy, z własnego uporu, z przekonania, że wiem lepiej. Ale jeśli uciekam z rąk Garncarza, pozostaję bez kształtu. Jeśli trwam w Jego rękach, nawet trudne doświadczenie może stać się początkiem nowego piękna. Psalm odpowiada na to czytanie modlitwą zaufania:

„Szczęśliwy, kogo wspiera Bóg Jakuba.” To zdanie pokazuje, gdzie naprawdę mam szukać oparcia. Psalm ostrzega: „Nie pokładajcie ufności w książętach ani w człowieku, u którego nie ma zbawienia.” Jak bardzo potrzebuję tego przypomnienia. Bo łatwo oprzeć się na tym, co ludzkie. Na własnych planach. Na pieniądzach. Na znajomościach. Na sile. Na zdrowiu. Na opinii innych. Na swoim doświadczeniu. Na tym, co wydaje się pewne. Ale człowiek przemija. Ludzkie zabezpieczenia są kruche. To, co dzisiaj wydaje się mocne, jutro może okazać się słabe. Psalm przypomina, że szczęśliwy jest ten, kto ma nadzieję w Panu. Nie ten, komu wszystko się układa. Nie ten, kto wszystko kontroluje. Nie ten, kto ma wiele zabezpieczeń. Szczęśliwy jest ten, kogo wspiera Bóg. To bardzo pasuje do obrazu garncarza. Glina jest bezpieczna nie wtedy, gdy sama próbuje nadać sobie kształt, ale wtedy, gdy pozostaje w rękach dobrego garncarza.

Ja także jestem bezpieczny nie wtedy, gdy wszystko sam kontroluję, ale wtedy, gdy pozwalam Bogu mnie prowadzić.

Aklamacja mówi: „Otwórz, Panie, nasze serca, abyśmy uważnie słuchali słów Syna Twojego.” To jest piękna modlitwa przed Ewangelią. Bo serce zamknięte nie da się ukształtować. Serce zatwardziałe nie przyjmuje dotyku Boga. Serce pełne hałasu nie słyszy Słowa. Dlatego proszę dziś: Panie, otwórz moje serce. Otwórz je na Twoje Słowo. Otwórz je na prawdę. Otwórz je na nawrócenie. Otwórz je na cierpliwe kształtowanie. Nie chcę tylko słyszeć Ewangelii uszami. Chcę pozwolić, aby dotknęła mojego wnętrza.

Ewangelia przedstawia przypowieść o sieci zarzuconej w morze. Sieć zagarnia ryby wszelkiego rodzaju. Potem rybacy siadają, dobre zbierają do naczyń, a złe odrzucają. To Słowo przypomina mi o powadze życia. Bóg jest cierpliwy. Daje czas. Pozwala żyć, wybierać, dojrzewać. Ale przyjdzie moment prawdy.

Nie wszystko jest obojętne. Nie każda decyzja prowadzi do życia. Nie każdy wybór ma tę samą wartość. Przypowieść o sieci uczy mnie, że moje życie zmierza ku spotkaniu z Bogiem. Kiedyś wszystko zostanie odsłonięte. Nie po to, abym żył w panicznym lęku, ale po to, abym żył odpowiedzialnie.

Czas mi dany nie jest przypadkowy. Dziś mogę się nawrócić. Dziś mogę pozwolić Bogu się kształtować. Dziś mogę wybrać dobro. Dziś mogę oddać Mu to, co we mnie zniekształcone. Dziś mogę stać się naczyniem Jego łaski. Jezus mówi o oddzieleniu dobrych od złych. To słowo może być trudne, ale jest także miłosierne, bo budzi sumienie. Przypomina, że nie jestem stworzony do bylejakości. Nie jestem powołany do życia bez kształtu, bez celu i bez odpowiedzialności.

Jestem powołany do świętości. Do dobra. Do życia w łasce. Do tego, by moje serce było gotowe na spotkanie z Bogiem. Na końcu Jezus pyta uczniów: „Zrozumieliście to wszystko?” Oni odpowiadają: „Tak.” To pytanie Jezus kieruje również do mnie. Czy rozumiem, że Bóg nie chce mnie zniszczyć, ale ukształtować? Czy rozumiem, że życie ma sens tylko wtedy, gdy jest w Jego rękach? Czy rozumiem, że przyjdzie czas rozliczenia z miłości? Czy rozumiem, że nie mogę odkładać nawrócenia? Czy rozumiem, że dziś jest czas, aby oddać się Bogu jak glina Garncarzowi?

Jezus mówi jeszcze o uczonym w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego i wydobywa ze swego skarbca rzeczy nowe i stare. To piękny obraz człowieka wiary. Nie żyje tylko przeszłością. Nie odrzuca tego, co otrzymał. Nie goni ślepo za nowością. Ma serce ucznia. Umie korzystać z mądrości starej i przyjmować świeżość łaski. Bóg także mnie chce uczynić takim uczniem. Człowiekiem zakorzenionym w wierze, ale wciąż otwartym na nowe działanie Ducha Świętego.Człowiekiem, który pamięta Boże dzieła, ale pozwala Bogu prowadzić się dalej.

Dzisiejsze Słowo zaprasza mnie: abym pozwolił Bogu być Garncarzem mojego życia, abym nie bał się oddać Mu tego, co we mnie zniekształcone, abym nie opierał się tylko na ludzkich zabezpieczeniach, abym pokładał nadzieję w Panu, który naprawdę mnie wspiera, abym otworzył serce na Słowo Chrystusa, abym pamiętał o powadze moich wyborów, i abym żył tak, by moje serce było gotowe na spotkanie z Bogiem.
Bo Bóg nie bierze mnie w swoje ręce po to, by mnie złamać. Bierze mnie po to, by nadać mi kształt miłości. A nawet jeśli moje życie zostało przez grzech zdeformowane, w Jego rękach może stać się naczyniem łaski.

Modlitwa
Panie Jezu, dziękuję Ci za obraz garncarza, który nie odrzuca gliny, ale cierpliwie nadaje jej nowy kształt. Oddaję Ci dziś moje serce, moje słabości, moje grzechy, moje zranienia i wszystko, co we mnie zniekształcone. Nie pozwól mi uciekać z Twoich rąk. Otwórz moje serce na Twoje Słowo i ucz mnie pokładać nadzieję nie w ludziach ani w sobie, ale w Tobie. Kształtuj mnie cierpliwie, abym stał się naczyniem Twojej łaski, gotowym na spotkanie z Tobą. Amen.